Po co się chodzi do szkoły?

Po co się chodzi do szkoły?

Do czego tak właściwie ma uczniów przygotować szkoła? Jaki jest sens i cel powszechnej edukacji? Czy rozmawialiście kiedyś na ten temat ze swoimi uczniami? Spróbujcie. Odpowiedzi mogą być zaskakujące.

image

W Polsce, jak i w wielu innych krajach, edukacja jest obowiązkowa do czasu osiągnięcia pełnoletności. Obowiązkowa – to słowo kojarzy się z przymusem, z opresją, z czymś, od czego nie ma ucieczki. Trzeba zagryźć zęby i jakoś ten czas przetrwać – tak myśli wielu uczniów (i wielu ich rodziców). Może dlatego tak rzadko rozmawia się w szkole o tym, jaki jest sens i cel nauczania.

Słynny duński pedagog Jesper Juul w książce „Kryzys szkoły” pisze o tym, że wiele zmieniłoby się, gdyby zamieniono ów „obowiązek” na „prawo do nauki”. Prawo – to wolność, swoboda decydowania o sobie, przywilej. Aż chce się z niego skorzystać. To zupełnie inaczej ustawia sposób myślenia o edukacji. Zamienia „muszę” na „chcę”.

Kiedy pytamy dzieci, dlaczego chodzą do szkoły, odpowiadają zwykle, że tak trzeba. Bo rodzice tak każą, bo rówieśnicy też chodzą, bo chodziło starsze rodzeństwo. Niektórzy wspominają, że mogą się tu nauczyć różnych ciekawych rzeczy. Potem dodają jednak, że nie wszystko w szkole się im podoba.

Niedawno byłam świadkiem ciekawej rozmowy mamy i córki.

- Powinni was uczyć w szkole, jak czytać takie druki – powiedziała mama znad skomplikowanego pisma z banku. – To wam bardziej potrzebne niż znajomość budowy pantofelka.

Córka-nastolatka odrzekła na to z namysłem:

- Myślisz, że szkoła powinna nas przygotować do życia?

- Tak zawsze myślałam… Ty tak nie uważasz? – spytała mama.

- No nie wiem. Myślę, że szkoła ma nam dać jakąś ogólną wiedzę. Po to uczymy się różnych przedmiotów, także tych, których nie lubimy, żebyśmy wiedzieli, czym chcemy się zajmować w przyszłości. A czym nie.

To stwierdzenie było dla mnie zupełnie zaskakujące. Pasjonaci nowoczesnej edukacji postulują często, by w szkole uczyć praktycznych umiejętności, dbania o swoje bezpieczeństwo, elastycznego myślenia, kreatywności. Jeszcze nigdy nie słyszałam, by ktoś tego właśnie oczekiwał od szkoły: że dowie się w niej, co jest nudne.

Nastolatka zapytana o to, kto w takim razie – skoro nie szkoła - powinien uczyć dzieci tego wszystkiego, co pozwala przetrwać w gąszczu współczesnych wyzwań i zagrożeń, zamyśliła się. „Chyba po prostu musimy ćwiczyć instynkt samozachowawczy” – odrzekła. Przypomniały mi się wtedy słowa niejakiego pana Wellera starszego, drugoplanowej postaci z „Klubu Pickwicka” Karola Dickensa. W rozmowie z panem Pickwickiem wspominał młode lata swojego jedynego syna. „Bardzo dbałem o jego edukację. Na całe sześć miesięcy posłałem go na ulicę, by nauczył się życia” – opowiadał troskliwy ojciec.

Spróbujcie porozmawiać na ten temat z uczniami. Zapytajcie: Po co chodzi się do szkoły? Czy edukacja powinna być przymusem? Czego należałoby się uczyć? Jakie przedmioty powinny być obowiązkowe?

Taka rozmowa rzecz jasna nie wpłynie na system edukacji. Po co więc o tym dyskutować? Bo dzieci potrzebują, by dorośli wysłuchali ich zdania. Bo to ważne, żeby mogły wyrazić swoją opinię o sprawach, które wpływają na ich codzienność. Bo jest szansa, że spojrzą na edukację jako na przywilej, a nie jak na przykry obowiązek.